z6767978Q,odchudzanie

Czy łatwo się odchudzać?

Tradycyjnie, na wiosnę, gdy w szafach znikają kożuchy i ciepłe kurtki, a przyroda budzi się ze snu, w naszych głowach zaczyna kiełkować myśl o odchudzaniu. Kolorowe czasopisma prześcigają się, proponując rewelacyjne diety, cudowne pastylki, niskokaloryczne artykuły spożywcze itp.

A kiedy jeszcze w telewizji zobaczymy najnowszą modę prezentowaną przez super szczupłe modelki, przelewa się czara goryczy i spontanicznie podejmujemy decyzję o radykalnym odchudzaniu. Zanim jednak zdobędziemy się na ten krok, sprawdźmy czy rzeczywiście nasza waga aż tak odbiega od normy.
Reguła Broci
Przeszło sto lat temu, francuski lekarz wojskowy Paul Broca przy pomiarach żołnierzy zauważył, że przeciętnie ważą tyle, ile wynosi ich wzrost mierzony w cm powyżej 100. Np. mierzący 175 cm ważył ok. 75 kg. Ponieważ reguła ta znalazła częste potwierdzenie w praktyce, na jej podstawie utworzono formułę określającą wagę ciała, nazwaną regułą Broci. Normalna waga + wzrost w cm – 100. Każdy, kto był poniżej normy, automatycznie był sklasyfikowany jako niedożywiony. O nadwadze nie było mowy, bo sytuacja ekonomiczna społeczeństwa była wtedy kiepska i mało kto mógł najeść się do syta. Dopiero w latach 50., kiedy w krajach uprzemysłowionych gospodarka się poprawiła, amerykańskie ministerstwo zdrowia zaproponowało, aby regułę Broci obniżyć o 10 %.
Normalna waga = (wzrost w ccm-100) – 10 %
W rezultacie tej poprawki, prawie każdy miał nadwagę, co wywołało istny szał odchudzania, bo amerykańskie towarzystwa ubezpieczeniowe uwarunkowały wysokość składki od wagi ciała. Potrzebą chwili wykreowano szczuplutką modelkę Twiggy jako wzorzec godny naśladowania. Zaś w nagrodę za dzielne odchudzanie, świat otrzymał w prezencie spódniczkę mini.
Następne lata upływały spokojnie, ludziom powodziło się coraz lepiej, żywność była jeszcze przyzwoitej jakości i nikt nie przejmował się „tuszą”. Tylko Hollywood od czasu do czasu lansował nową gwiazdę, której figura niejednokrotnie wymodelowana przy pomocy skalpela, miała nas napominać, byśmy krytycznym okiem przejrzeli się w lustrze.
Reguła Queteleta
W połowie lat 90. zgodnie z zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) społeczeństwo poznało nową definicję obowiązującej normalnej wagi. Tym razem „odkurzono” ponad stuletnie obliczenia belgijskiego matematyka Adolpha Queteleta, który próbował wyliczyć prawidłową wagę ciała przeciętnego człowieka. Ta definicja obowiązuje do dziś i nosi nazwę Body Mass Index (BMI). Kto chce sprawdzić jak kształtuje się jego waga, musi wykonać następujące obliczenia:
BMI = waga ciała w kg
(wzrost w m) 2
Np. dla kogoś o wzroście 175 cm i wadze 70 kg liczymy :
BMI = 70 = 22,8

1,75 x 1, 175
Co według poniższej tabelki odpowiada normalnej wadze.
BMI klasy wagowe wg zaleceń WHO
poniżej 18,5 niedowaga
18,5 – 24,9 normalna waga
25 – 29,9 nadwaga
30 – 34,5 otyłość I stopnia
35 – 39,9 otyłość II stopnia
powyżej 40 otyłość III stopnia

W praktyce jednak częściej stosuje się zasadę Broci.

Czujny ponderostat
Kiedy już zdecydujemy się odchudzać, obmyślamy taktykę, jak skutecznie przechytrzyć żołądek i możliwie długo wytrzymać na diecie. Nie jest to jednak takie proste. Nie wszyscy wiedzą, że w naszym organizmie istnieje regulator, tzw. ponderostat, ustalający, jaka waga pasuje do wzrostu i budowy ciała. Czujnik ten dokładnie mierzy ilość kalorii dostarczanych z pożywieniem i sygnalizuje przez uczucie sytości, kiedy mamy przestać jeść. Osiągamy wtedy tzw. set point, czyli punkt, w jakim organizm otrzymał właściwą porcję energii. Każdy ma indywidualny punkt nasycenia. Nie jesteśmy w stanie siłą woli wpływać na ponderostat, by wymusić na nim np. przedwczesny sygnał sytości. Ten inteligentny regulator istniejący w organizmie człowieka od tysięcy lat, zna dokładnie nasze zapotrzebowanie energetyczne oraz wartości odżywcze pokarmów.
Teraz rozumiemy, dlaczego trzeba zjeść dużo więcej niskokalorycznej sałaty, żeby się nasycić, a wystarczy kawałek tłustej wieprzowiny i „mamy dość”. Ponderostat potrafi jeszcze więcej: np. reguluje wagę i zapotrzebowanie kaloryczne w zależności od strefy klimatycznej i pór roku. Jesienią automatycznie ustawia się tak, byśmy mogli zjeść więcej i nagromadzić lekką podściółkę tłuszczową na zimę, żeby nie marznąć. Wiosną samoistnie wraca do poprzedniego stanu i nie trzeba specjalnych diet, by stracić zimowe „futerko”. Natura zaprogramowała ten mechanizm na żywność naturalną, bo tylko taką zna. My, konsumując pokarmy przetworzone, z dodatkami „chemii” po prostu go wyłączamy. A gdy nasz czujnik sytości przestaje działać, jemy więcej niż potrzeba, produkując zbędne kilogramy.
Fakt ten jest znany i bezpardonowo wykorzystywany przez przemysł spożywczy. Już dawno w krajach zachodnich w tej branży powstały specjalne działy zajmujące się tworzeniem produktów zwanych szumnie Designer Food. Tak, jak kreuje się modę, meble czy sylwetki samochodów, podobnie kreuje się (manipuluje) naszą żywność. Bynajmniej nie po to, żeby dogodzić naszym podniebieniom, lecz aby dużo sprzedać i dobrze zarobić. Pomaga w tym reklama, wmawiając nam bezustannie, że zjadając takie produkty będziemy szczęśliwi, atrakcyjni, nawet urosną nam skrzydła!
Designer Food to przede wszystkim słodycze, napoje, gotowe desery, zupy w proszku, jogurty, przyprawy, sosy sałatkowe itp. Najczęściej w ich skład wchodzą wzmacniacze smaku, sztuczne aromaty i substancje powodujące nadmierną produkcję śliny. Znamy to dobrze. Przecież zjadając baton czy jogurt, nie kończymy na jednym. Często sami złościmy się, że nie potrafimy powiedzieć sobie „dość”! Tylko jak tu przestać, kiedy ślinka leci, a ponderostat dawno się wyłączył. Jemy więc i tyjemy. A gdy chcemy schudnąć, znów przemysł spożywczy przychodzi nam z „pomocą”, oferując niskokaloryczne, dietetyczne produkty „light”. Należą do nich: masła, margaryny, sery, wędliny, słodycze i napoje. To produkty, którym odebrano część tłuszczu i cukier, zastępując je wodą i słodzikami. Np. niskokaloryczne masło zawiera ok. 50 % wody, żelatynę i emulgatory, do tego sztuczne barwniki, aromaty i oczywiście konserwanty, żeby woda się nie psuła. Taki produkt ma niską wartość kaloryczną. Z punktu widzenia zdrowotności to prawdziwe „zero”, za to z ekonomii zasługuje na piątkę z plusem. Ktoś obliczył, że 1 m sześc. wody tak sprzedano za prawie 2 tys. euro, gdy ten sam kubik wodociągowej kosztuje parę groszy. W takich produktach zabrakło tłuszczu, do jakiego jest przyzwyczajony nasz organizm. Nie zdołamy go jednak oszukać, bo zanim się nasycimy, zjemy dużo więcej niż trzeba. W tym wypadku schudnie jedynie nasz portfel.
Innym zwodniczym produktem często zalecanym przy odchudzaniu są sztuczne słodziki, jako alternatywa cukru w słodyczach i napojach. Pomijając ich toksyczność, przyjrzyjmy się słodkości. Nie mają kalorii, a są słodkie. Zjadając je, sygnalizujemy organizmowi, że „będzie coś słodkiego”. Przygotowując się na to, zaczyna wydzielać insulinę i przezywa szok, bo „słodkie” nie jest cukrem, a wyprodukowana insulina obniża drastycznie poziom cukru we krwi. Organizm, próbując się ratować, wyzwala w nas „wilczy apetyt”, żebyśmy koniecznie coś zjedli. Więc jemy. Dodam, że właśnie dlatego sztuczne słodziki są stosowane w paszach dla zwierząt.
Odżywiając się w ten sposób na pewno nie schudniemy. Wręcz przeciwnie, stajemy się „puszyści”. Potem zdesperowani zaczynamy stosować coraz bardziej drakońskie metody zrzucenia nadwagi. Decydując się na ostrą dietę, zmniejszamy do minimum ilość spożywanych kalorii, a nasz ponderostat nastawia program „głód”. Oznacza to, że kiedy zakończymy odchudzanie i znowu zaczniemy przyjmować normalną ilość pokarmów, nasz regulator najpierw szybko uzupełni straty, a potem zacznie gromadzić rezerwy w postaci tkanki tłuszczowej. W ten sposób powstaje znany efekt „jo-jo”, tzn. im więcej diet, tym bardziej tyjemy.
Dzisiejsze społeczeństwo postrzega otyłość głównie jako problem natury estetycznej, nie biorąc pod uwagę fatalnych następstw zdrowotnych, jak cukrzyca, nadciśnienie, miażdżyca, zaburzenie pracy serca, słaba wentylacja płuc czy zmiany zwyrodnieniowe w układzie kostno-stawowym.
Pamiętajmy, że tylko w minimalnym procencie otyłość jest spowodowana zaburzeniami hormonalnymi, związanymi np. z niedoczynnością tarczycy, nadczynnością nadnerczy czy długotrwałym przedawkowaniem insuliny. W tych przypadkach konieczna jest terapia medyczna i odpowiednie odżywianie. Najczęściej jednak otyłość jest efektem przejadania się i to od wczesnego dzieciństwa. Nie popadajmy w zachwyt, kiedy nasza pociecha poprosi o trzecią porcję zupy. Należy potraktować to poważnie i obserwować ilość pokarmów zjadanych przez dziecko. Już wiadomo, że przekarmianie małego dziecka jest fałszywą miłością. Badania naukowe dowodzą, że 80 % otyłych dzieci również w wieku dorosłym będzie walczyć z nadwagą. I często przegrywać.
„Cudowne” tabletki
Ostatnio pojawiło się dużo specyfików: tabletek, kapsułek, które – zdaniem producentów – mają w krótkim czasie zredukować tuszę. Często są to obietnice bez pokrycia. Pewne znaczenie, choć może drugoplanowe, maja preparaty zawierające agar – produkt otrzymywany z glonów morskich lub podobne substancje, które nie ulegają trawieniu w przewodzie pokarmowym, natomiast pochłaniając wodę, pęcznieją. Po ich zjedzeniu, zwiększa się objętość pokarmu w żołądku, maleje uczucie głodu i jelita zaczynają lepiej pracować. Z praktyki farmaceutycznej nie znam przypadku, by ktoś tylko przy pomocy takich specyfików, bez przestawienia się na zdrowe żywienie, pozbył się nadmiernej tuszy i utrzymał normalną wagę ciała. Przy okazji wspomnę, że nawet współczesna medycyna nie dysponuje środkami dostatecznie skutecznymi, nie mającymi szkodliwych działań ubocznych.
W przypadku ekstremalnej otyłości stosuje się zabiegi chirurgiczne, np. zakładanie specjalnych obręczy na żołądek, by zmniejszyć jego objętość, lub wycinanie złogów tłuszczu. Jeśli naprawdę chcemy zmniejszyć wagę ciała i zależy nam na zdrowiu, jest tylko jedno wyjście: zmienić jadłospis.
Co jeść?
Odpowiedź jest prosta. Sięgnijmy pamięcią do naszego dzieciństwa, do czasów mam i babć. Nikt wtedy nie studiował literatury o żywieniu, nie szperał w internecie, nie oglądał reklam i nie liczył kalorii, a wszyscy odżywiali się prawidłowo. Jadano tylko to, co w danym sezonie urosło na polu lub dało się przetworzyć domowym sposobem. Dania były oszczędne i proste, jednocześnie pożywne i spełniały kryteria zdrowego żywienia. Większość produktów pochodziła z własnych gospodarstw lub sąsiedzkiej wymiany, a „miastowi” kupowali wprost u rolnika. Jedno jest pewne: jadano skromnie, zadowalając się zupami z jarzyn, kwaśną kapustą, pierogami, owsianką, chlebem, kaszą jęczmienną, ziemniakami z kwaśnym mlekiem, fasolą, grochem i bobem. Zamiast sztucznych przypraw, używano cebulę i czosnek, dających aromat, a jeszcze chroniących przed przeziębieniem. Nikt nie objadał się mięsem. Jeśli pojawiło się na stole, to w zimie była to tłusta wieprzowina, latem królik lub kogutek z własnej hodowli. Pito zbożową kawę, kompot i herbaty ziołowe – z dzikiej róży, liści malin, mięty, melisy, kwiatu lipy. Jako dodatek stosowano miód. Latem delektowano się wodą źródlaną lub ze studni. Ciasta wypiekano na drożdżach z makiem lub owocami. Nikt nie psuł niedzielnej babki sztucznym aromatem. Po grzyby i jagody chodzono do lasu, jednocześnie zażywając świeżego powietrza. Dziś wsiadamy w auto, jedziemy do supermarketu, żeby pobiegać… między regałami.
Dzieci karmiono głownie mlekiem i jego przetworami. Często kozim – i to nie tylko w ubogich domach, ze względu na jego doskonałe walory odżywcze. Potem ktoś wydał „wyrok” na kozie mleko, oskarżając je o rakotwórczość. Tak odstawiono do lamusa jeden z najwartościowszych produktów żywnościowych, propagując sztuczne mieszanki dla niemowląt, mleko w proszku i w kartonach.
Każdy dom posiadał własną kulturę kulinarną bazującą na przekazywanych z pokolenia na pokolenie przepisach, m.in. wypieku chleba. Któż dziś piecze razowy na zakwasie lub przygotowuje w domu żur? A przecież oba te produkt są gwarantem doskonałej przemiany materii i zdrowia.
Dawne i zapomniane to czasy, kiedy kuchnia stanowiła najważniejsze pomieszczenie w domu, gdzie skupiało się życie rodzinne. Centralnym elementem był piec, na którym bulgotała grochówka i wesoło trzaskał ogień. Zawsze był ktoś w domu i czuwał nad obiadem. Nie było delikatesów, ale jadano zdrowo, bez pośpiechu, w rodzinnej atmosferze. Dziś pojęcie kuchnia ma zupełnie inny wymiar. Liczą się modne meble, sprzęt AGD, eleganckie naczynia. Wszystko musi być najlepszej jakości, oprócz… potraw. Jakoś nie chcemy uwierzyć, że zdrowe jedzenie pomaga uporać się z bezsennością, zlikwidować nadwagę, poprawić odporność.
Albert Einstein powiedział: „Łatwiej jest rozbić atom niż własne, głęboko zakorzenione przekonanie”. Tylko czy on zawsze musi mieć rację?
Jolanta Miklar

KWARTALNIK PORADY NA ZDROWIE